NASZE DZIECI

Strona prowadzona przez Stowarzyszenie na rzecz dzieci, młodzieży i dorosłych osób niepełnosprawnych "Ożarowska"  

   

  MENU :::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::

 Strona główna

 Aktualności

 BOSK

 WandaFonds

 Mózgowe porażenie dziecięce

 Prawo dla niepełnosprawnych

 Wolontariat

 Pedagogika

 Pomoc społeczna/Praca socjalna
 Dla dzieci
 Zainteresowania
        Literatura

 Księga Gości

 Najczęściej zadawane pytania

 Linki

 Kontakt

 Stowarzyszenia rodziców 

 Nasi redaktorzy
 Druki do pobrania
 

 

 

 

Sto lat za kółkiem

 

 

 

 

- Dzień dobry państwu! – zawołał wesoło taksówkarz, wysiadając z samochodu i zdejmując z głowy czarny kaszkiet. Był to starszy, niski i krępy mężczyzna o okrągłej jak piłka głowie i przyjaznym spojrzeniu. – Proszę, proszę wsiadać do mojego wozu! – zachęcał uprzejmie, podchodząc do trojga osób, którzy już stali przy aucie. – A bagaże to ja schowam do kufra! – dodał, podchodząc do młodego mężczyzny i biorąc z jego rąk dwie walizki. – To gdzie jedziemy? – zapytał tym samym wesołym tonem, kiedy usiadł za kierownicą przekręcił kluczyk w stacyjce.

- Prosimy na Górczewską – rzucił mężczyzna, który już siedział na przednim fotelu.

- Ależ nie! Ciotka przecież mieszka przy Deotymy! – wtrąciła się młoda kobieta, która zajęła miejsce na tylnej kanapie. Przy jej boku usiadła kilkuletnia dziewczynka. – Proszę jechać na Deotymy, na Deotymy! – powiedziała do taksówkarza.

- To znaczy wiem już, że mamy jechać na Wolę! – podjął kierowca, uśmiechając się dobrodusznie. – A Górczewska od Deotymy jest niedaleko, więc jakoś sobie poradzimy! – stwierdził, ruszając łagodnie z postoju taksówek przy Dworcu Centralnym.

- Pan to chyba zna Warszawę jak przysłowiową własną kieszeń! – rzekł młody mężczyzna.

- No tak, już będzie czterdziesty rok jak po niej się kręcę albo stoję na słupie, znaczy się na postoju! – odparł taksówkarz, prowadząc jasnozielonego poloneza, którym wolno dojeżdżał do Emilii Plater. – Choć nieraz myślę, że siedzę za kierownicą sto lat. Zacząłem w sześćdziesiątym pierwszym, byłem wtenczas po wojsku, miałem dwadzieścia pięć lat. To miasto, he, he – zaśmiał się łagodnie, lecz z lekką chrypką – nie ma już dla mnie tajemnic. A Wisełkę to przemierzyłem wszerz chyba milion razy... A państwo to, myślę, nie tutejsi! – dodał po chwili, śmiejąc się przyjaźnie, gdy ruszył samochodem spod świateł.

- Owszem, przyjechaliśmy z Łodzi! – odparł rzeczowo mężczyzna siedzący obok.

- Aaa, miasto Łódź, znam! – zawołał taksówkarz. – Wiele razy właśnie do tego miasta zawoziłem swoich klientów. Pamiętam, pierwszy raz byłem tam chyba ze czterdzieści la temu. Jeździłem wtedy warszawą garbusem. To był dobry, mocny wóz. Pewnego razu ktoś mi powiedział, że moja warszawa może dojechać nawet do nieba. Uśmiałem się i powiedziałem, że to dla niej za daleka trasa! To był dobry, mocny wóz! – powtórzył smutniej. – Jeździłem nim dziesięć lat! Najpierw przez dwa lata dmuchałem nim w przedsiębiorstwie, a potem odkupiłem i zacząłem jeździć na własny rachunek – zakończył i skręcił majestatycznie w Świętokrzyską. – Takich dobrych wozów potem już nie miałem – zaczął znowu, dojeżdżając do ronda ONZ i naciskając z niezrozumiałym wysiłkiem pedał hamulca. – Te pierwsze fiaty, co prawda, były zwinne, lecz blachy to miały słabe. Rdza to je jadła jak, za przeproszeniem, robaki świeże trupki! Ten polonez, mimo że ma dopiero sześć lata, jest dziurawy jak sito... Lecz toczy się, więc jest dobrze! Zresztą to są moje ostatnie podrygi w tym fachu. Mam już sześćdziesiąt pięć lat i za trzy miesiące idę na emeryturę. Dalej jeździć na taryfie nie mogę, przepisy zabraniają, nie mówiąc już, że nie mam radia i nie należę do żadnej korporacji. Poza tym lewa noga już mi wysiada, odczuwam w niej niemożebne bóle – dorzucił, wjeżdżając na rondo. – Proszę wybaczyć, że tak dużo mówię – zaczął znowu, gdy taksówka znalazła się na Prostej – ale z niektórymi klientami bardzo miło się rozmawia, no, jak przykładowo, z państwem!

- Jest pan niezwykle uprzejmy! – stwierdził z uśmiechem mężczyzna i mrugnął do żony, którą widział w lusterku.

- Takich taksówkarzy to chyba w Warszawie już nie ma! – dorzuciła kobieta, zdejmując dziewczynce z głowy gustowny kapelusik. – Pamiętam, jak ubiegłym razem przyjechaliśmy z Kasią do Warszawy, a było to przed trzema laty, to taki młody taksiarz nie dość, że się ani słowem nie odezwał, to za kurs do ciotki na Wolę wziął ode mnie chyba siedemdziesiąt złotych!

- Większość młodych taksiarzy właśnie taka jest! – odrzekł łagodnie kierowca. – Jedynym ich celem jest łupienie pasażerów, aby zdobyć forsę na dobry zachodni samochód. Żal mówić, ale teraz w Warszawie w większości na taryfach zapylają cwaniaczki z mafii. Ja, na ten przykład pod Centralnym nie powinienem już od wielu lat stawać, bo ten rewir obstawia właśnie mafia, lecz mam u nich względy jako najstarszy z branży... – urwał nagle, bo na pasach spostrzegł starszą kobietę, przed którą przemknął przed ułamkiem sekundy czarne audi sto. – Kurka wodna, gdzie się tak spieszysz, chyba do piekła! – wyrzucił z siebie nerwowo, po czym zatrzymał na poboczu swego poloneza, włączył światła awaryjne i wysiadł. Moment później jego pasażerowie widzieli, jak podszedł do kobiety i doprowadził ją do chodnika, zamieniwszy z nią kilka słów. – Ta pani była bardzo przestraszona! – sapnął, siadając za kierownicę. – Nie dziwię się, ma już siedemdziesiąt osiem lat, w dodatku słabo widzi. Powiedziała, że wyszła dzisiaj z domu, bo miała ochotę zaczerpnąć wiosennego powietrza. W pewnym sensie tą panią rozumiem. Jest ładny, słoneczny poranek! Choć w Warszawie świeże powietrze... – westchnął, naciskając pedał hamulca, gdy polonez zbliżał się do dużej kolumny aut stojących na czerwonym świetle przed skrzyżowaniem z Towarową. – Tą panią przed laty chyba gdzieś zawoziłem, ale już nie pamiętam dokąd – dorzucił po chwili.

- Odnoszę wrażenie, a sądzę, że moja żona też, że pan przez lata to przewiózł bodajże trzy czwarte warszawiaków – rzekł wesołym głosem mężczyzna. – Prawda, kochanie? – powiedział do żony.

- Nie powiem, że nie! – podjął podobnym tonem taksówkarz. – Myślę, że jakbym się zawziął, to bym napisał o tym opasłą książkę, he, he! A warszawiaka lub warszawiankę to wyczuję na pół kilometra. Warszawiacy, znaczy faceci, za wszelką cenę chcą być cwani i nie zapłacić za kurs tyle, ile wybił licznik, a warszawianki natomiast chcą być dokładne i wykłócają się o każdy grosz. A przewiozłem faktycznie wiele ludzi, byli wśród nich i ludzie znani. Na ten przykład parokrotnie wiozłem Suzina, Fogga, Łazukę, Bielicką. Wiozłem ją w porannych godzinach. Pamiętam, że potem zdawało mi się, że przez cały dzień słyszałem w szoferce jej głos! Pewnego razu jechała moją taksówką taka młoda piosenkarka, co zginęła w wypadku lotniczym. Zaraz! Jak ona się nazywała?... – urwał i zamyślił się.

- Ma pan chyba na myśli Annę Jantar! – rzuciła kobieta.

- O, tak, właśnie Annę Jantar! – odparł przyjaźnie kierowca. – To było bodajże na krótko przed tą katastrofą – dodał smutniej. – Szkoda dziewczyny, ładnie śpiewała. Moja żona lubiła słuchać jej piosenek... Tak, przewiozłem wielu ludzi, w tym i zagraniczniaków – zaczął po chwili spokojnym głosem. – Nie mi sądzić, czy mądrych, czy głupich! Pamiętam, raz wsiadł do mnie pan, który poprosił, abym z nim jeździł z jednego końca Warszawy w drugi, bo chce ze mną porozmawiać. Krążyliśmy po mieście chyba z pięć godzin. Zjechałem do domu, bodajże, około jedenastej wieczorem. Żona się o mnie ogromnie martwiła. Podobno zaczęła już dzwonić po szpitalach! – stwierdził, uśmiechając się. – Ten pan zapłacił słono za całą jazdę, lecz powiedział, że to nie ważne, bo chciał się przed kimś wygadać. Opowiedział mi chyba całe swoje życie. Nie przesadzę, kiedy powiem, że czułem się wtedy jak ksiądz w konfesjonale! Wiele razy potem myślałem o tym panu... – urwał i znowu się lekko zasępił. – Tak, jeżdżąc tyle lat z ludźmi, słyszałem o takich rzeczach, że ho, ho! Nieraz włos mi się na łepetynie jeżył! W moich samochodach rozgrywało się niemal wszystko, poczynając od grzecznościowych rozmów, wyznań miłosnych, poprzez kłótnie małżeńskie, podziały majątków, dyskusji o polityce, a kończąc, dajmy na to, na podpisywaniu różnych umów. Teraz, kiedy są, te, no, telefony komórkowe, to nieraz wiem dokładnie, co będą robić lub z kim się spotkają, kiedy wysiądą z mojej taksówki. Tak, jeżdżąc już taki szmat czasu z ludźmi, nieraz myślę, że cały wiek, znam już ich dobrze i słyszałem od nich nieraz o takich sprawach!... – powtórzył i uderzył dłonią w kierownicę. – Myślałem, że dzisiaj, we środę rano, nie będzie na tej ulicy tak wielkiego korka! – zaczął znowu nieco zdeprymowany taksówkarz, kiedy na Towarowej wjechał w szpaler samochodów. – Nieraz tak właśnie jest! Ale patrząc na to z innej strony, to ludzie muszę przecież poruszać się, pracować, handlować...

- Nam się nie spieszy! – przerwała mu kobieta. – A im później będziemy u ciotki, tym lepiej!

- Owszem, masz rację, kochanie! – przytaknął jej skwapliwie mężczyzna. – A na ulicach Łodzi też są codziennie korki. Nieraz bywa tak, że samochody stoją w nich po półtorej godziny albo i dłużej!

- W Warszawie przed laty samochodów było znacznie mniej! – podjął spokojnie taksówkarz. – Śmigało się wtenczas po mieście łatwo! O każdej porze dnia było luźno, chyba że było to sobotnie przedpołudniem lub jakiś inny dzień tygodnia, przed tym albo tamtym świętem. Ha, najlepiej było kursować w święta albo nocą, bo wtedy jest zupełnie pusto, a zarobek większy, bo przecież kręci się drugą taryfę. W nocy od lat już nie jeżdżę, teraz nie wiadomo, na jakich można trafić klientów! Poza tym o tej porze z taksówek korzystają różne takie panie – rzekł ciszej, spoglądając w tył na dziecko. – Bankowy jest zarobek w sylwestra! – dodał po chwili głośniej. – Ci, co w tę noc jeżdżą, chwalą się, że robią sporą kasę. Być może tak jest, lecz ja na te czterdzieści lat nigdy nie jeździłem zarobkowo w niedzielę i w święta, głównie te kościelne. Tę zasadę wyniosłem z domu i jestem jej wierny. Mama mówiła, że Pan Bóg po to ustanowił niedzielę, żeby ludzie mogli odpocząć! – w tym momencie pasażerowie taksówki zauważyli, że przy lusterku wstecznym wisi srebrny medalik i różaniec z czarnymi paciorkami. – A sylwestra... Sylwestra zawsze wolałem sto razy spędzać z rodziną, niż wozić w tę i z powrotem jakieś zaplute towarzystwo. I widzą państwo, jakoś nie zbiedniałem! Na słupach zazwyczaj długo nie stałem, choć, owszem, zdarzało się, że nieraz spędzałem przy nich nawet cztery godziny. Żonę i dwoje dzieci swego czasu mogłem utrzymać. A że jeździłem raczej kiepskimi wozami, to nie ma znaczenia, choć bywało też tak, że wóz rozkraczył mi się na środku ulicy. Najgorzej było wtedy, kiedy w samochodzie byli klienci, a, kurka, wiele razy tak było! Cóż miałem innego robić? Brałem klucze, wysiadałem i, deszcz nie deszcz, upał nie upał, grzebałem pod maską. Jeśli trwało to długo, to klienci opuszczali pojazd. Nawet nie w głowie mi było branie od nich zapłaty, bo, jakby nie było, nie dowoziłem ich tam, gdzie sobie życzyli.

- Pan to jest chyba żywą historią Warszawy! – stwierdziła kobieta
z dużym zainteresowaniem. – Szczególnie Warszawy powojennej!

- O tak! – odparł wesoło kierowca. – Mogę powiedzieć, że to miasto powstawało po wojnie z ruin na moich oczach! Powstawało... – przerwał i zasępił się nieco. – A może lepiej powiedzieć, że ludzie je odbudowali! Pamiętam jeszcze w latach sześćdziesiątych jeździło się po tym mieście jak po ogromnym placu budowy. Trzeba było czasem ostro kółkiem się na machać, żeby przejechać z jednej części Warszawy w drugą! Stawiano przecież od nowa prawie całe Śródmieście, trochę Woli i Żoliborza. W dodatku należało mieć baczenie na dryndziarzy i wozaków. Musowo zwalniało się, przejeżdżając obok nich, bo w przeciwnym razie konie się płoszyły. Teraz dryndziarzy i wozaków już w Warszawie prawie nie ma...! Ale i obecnie bywa tak samo! – stwierdził, uśmiechając się. – Nieraz to miasto tak jest rozkopane, jakby ktoś spychaczem w nocy po nim przejechał. Niegdyś wiele ulic miało kocie łby. Głównie takie ulicy były na Pradze, po drugiej stronie Wisły – mówiąc to, mimowolnie rzucił głową lekko w tył – oraz na peryferiach jak, przykładowo, Kobyłka, Rembertów. Jak jeździłem moim pierwszym wozem, czyli warszawą, to czasem było tak, że gdy wjeżdżałem na takie ulice, to kierownica dostawała takich drgań, że i we mnie wszystko się trzęsło! Ale ani mi, ani tej warszawie, he, he, nic po tym nie było! To był dobry, mocny wóz! – powtórzył ponownie. – Są dni, kiedy wydaje mi się, że właśnie tym samochodem jadę, a przecież minęło już trzydzieści lat jak go sprzedałem. To był bardzo dobry wóz! Potem fiat, tamten i ten polonez, łamały resory, gdy wpadły do byle większej ulicznej dziury. A dziur jest na ulicach Warszawy jest mnóstwo, szczególnie o tej porze, kiedy odeszła zima! Lecz co tam, może to dziecinada, ale kocham po ulicach tego miasta jeździć! – orzekł z rozrzewnieniem taksówkarz. – Warszawa, bądź co bądź, jest cudna w maju i w czerwcu! Za nic nie oddam chwil, kiedy mogę jechać po ulicach zaraz po Bożym Ciele, szczególnie w miejscach, gdzie są kościoły. Na asfalcie leży wtenczas dużo płatków kwiatów. Jadąc po nich, czasem myślę, że tak może faktycznie wygląda cała trasa do nieba! – znowu przerwał i przetarł dłonią twarz. – Kwiatami usłane były też ulice kiedyś po pierwszym maju. Bywało potem tak, że, he, he, kolorowe płatki były na nich nawet do połowy miesiąca albo dłużej! Ludzie mawiali, że chyba kace musi wydać specjalną dyrektywę, żeby Marszałkowską po tym święcie uprzątnięto! Lecz, sukinkoty, wiedzieli jak mają bić młodych w marcu w sześćdziesiątym ósmym! Widziałem to na własne oczy, bo akurat w tym dniu jechałem Krakowskim... Gdybym wtedy nie miał w wozie klienta, to bym wysiadł i zaczął tłuc gliniarzy i ubeków! A krzepę przed laty miałem za dwóch! – zakończył, gdy wjechali w Górczewską. – To już Wola, Górczewska, zaraz będzie Deotymy. Czy mam w nią skręcić? – zapytał po chwili.

- Tak, tak, proszę! – rzuciła kobieta. – O, o, to ten blok! – zawołała, kiedy taksówkarz wjechał we wskazaną przez nią ulicę.

- To ile płacimy za kurs? – spytał mężczyzna, gdy taksówkarz zatrzymał samochód przed żądanym blokiem.

- To za chwilę! – odparł od niechcenia kierowca, wysiadając z samochodu. – Zapomniałem włączyć taksometru – zawołał wesoło, podając mężczyźnie walizki z kufra pojazdu – więc przejazd był darmowy! Zresztą to bez znaczenia! Ranek jest dzisiaj taki ładny! He, he, jeszcze państwu powiem,
że zawsze jest tak, że jak rano nie biorę od pierwszego klienta zapłaty, to później mam farta, dużego farta. Życzę powodzenia państwu! – dorzucił z promienistym uśmiechem, wsiadając do swego wozu.

 

 

 

Bolesław Bryński