| |
Sto lat za kółkiem
- Dzień dobry państwu! – zawołał
wesoło taksówkarz, wysiadając z samochodu i zdejmując z głowy
czarny kaszkiet. Był to starszy, niski i krępy mężczyzna o
okrągłej jak piłka głowie i przyjaznym spojrzeniu. – Proszę,
proszę wsiadać do mojego wozu! – zachęcał uprzejmie, podchodząc
do trojga osób, którzy już stali przy aucie. – A bagaże to ja
schowam do kufra! – dodał, podchodząc do młodego mężczyzny i
biorąc z jego rąk dwie walizki. – To gdzie jedziemy? – zapytał
tym samym wesołym tonem, kiedy usiadł za kierownicą przekręcił
kluczyk w stacyjce.
- Prosimy na Górczewską – rzucił
mężczyzna, który już siedział na przednim fotelu.
- Ależ nie! Ciotka przecież
mieszka przy Deotymy! – wtrąciła się młoda kobieta, która zajęła
miejsce na tylnej kanapie. Przy jej boku usiadła kilkuletnia
dziewczynka. – Proszę jechać na Deotymy, na Deotymy! –
powiedziała do taksówkarza.
- To znaczy wiem już, że mamy
jechać na Wolę! – podjął kierowca, uśmiechając się dobrodusznie.
– A Górczewska od Deotymy jest niedaleko, więc jakoś sobie
poradzimy! – stwierdził, ruszając łagodnie z postoju taksówek
przy Dworcu Centralnym.
- Pan to chyba zna Warszawę jak
przysłowiową własną kieszeń! – rzekł młody mężczyzna.
- No tak, już będzie czterdziesty
rok jak po niej się kręcę albo stoję na słupie, znaczy się na
postoju! – odparł taksówkarz, prowadząc jasnozielonego poloneza,
którym wolno dojeżdżał do Emilii Plater. – Choć nieraz myślę, że
siedzę za kierownicą sto lat. Zacząłem w sześćdziesiątym
pierwszym, byłem wtenczas po wojsku, miałem dwadzieścia pięć
lat. To miasto, he, he – zaśmiał się łagodnie, lecz z lekką
chrypką – nie ma już dla mnie tajemnic. A Wisełkę to
przemierzyłem wszerz chyba milion razy... A państwo to, myślę,
nie tutejsi! – dodał po chwili, śmiejąc się przyjaźnie, gdy
ruszył samochodem spod świateł.
- Owszem, przyjechaliśmy z Łodzi!
– odparł rzeczowo mężczyzna siedzący obok.
- Aaa, miasto Łódź, znam! –
zawołał taksówkarz. – Wiele razy właśnie do tego miasta
zawoziłem swoich klientów. Pamiętam, pierwszy raz byłem tam
chyba ze czterdzieści la temu. Jeździłem wtedy warszawą
garbusem. To był dobry, mocny wóz. Pewnego razu ktoś mi
powiedział, że moja warszawa może dojechać nawet do nieba.
Uśmiałem się i powiedziałem, że to dla niej za daleka trasa! To
był dobry, mocny wóz! – powtórzył smutniej. – Jeździłem nim
dziesięć lat! Najpierw przez dwa lata dmuchałem nim w
przedsiębiorstwie, a potem odkupiłem i zacząłem jeździć na
własny rachunek – zakończył i skręcił majestatycznie w
Świętokrzyską. – Takich dobrych wozów potem już nie miałem –
zaczął znowu, dojeżdżając do ronda ONZ i naciskając z
niezrozumiałym wysiłkiem pedał hamulca. – Te pierwsze fiaty, co
prawda, były zwinne, lecz blachy to miały słabe. Rdza to je
jadła jak, za przeproszeniem, robaki świeże trupki! Ten polonez,
mimo że ma dopiero sześć lata, jest dziurawy jak sito... Lecz
toczy się, więc jest dobrze! Zresztą to są moje ostatnie podrygi
w tym fachu. Mam już sześćdziesiąt pięć lat i za trzy miesiące
idę na emeryturę. Dalej jeździć na taryfie nie mogę, przepisy
zabraniają, nie mówiąc już, że nie mam radia i nie należę do
żadnej korporacji. Poza tym lewa noga już mi wysiada, odczuwam w
niej niemożebne bóle – dorzucił, wjeżdżając na rondo. – Proszę
wybaczyć, że tak dużo mówię – zaczął znowu, gdy taksówka
znalazła się na Prostej – ale z niektórymi klientami bardzo miło
się rozmawia, no, jak przykładowo, z państwem!
- Jest pan niezwykle uprzejmy! –
stwierdził z uśmiechem mężczyzna i mrugnął do żony, którą
widział w lusterku.
- Takich taksówkarzy to chyba w
Warszawie już nie ma! – dorzuciła kobieta, zdejmując dziewczynce
z głowy gustowny kapelusik. – Pamiętam, jak ubiegłym razem
przyjechaliśmy z Kasią do Warszawy, a było to przed trzema laty,
to taki młody taksiarz nie dość, że się ani słowem nie odezwał,
to za kurs do ciotki na Wolę wziął ode mnie chyba siedemdziesiąt
złotych!
- Większość młodych taksiarzy
właśnie taka jest! – odrzekł łagodnie kierowca. – Jedynym ich
celem jest łupienie pasażerów, aby zdobyć forsę na dobry
zachodni samochód. Żal mówić, ale teraz w Warszawie w większości
na taryfach zapylają cwaniaczki z mafii. Ja, na ten przykład pod
Centralnym nie powinienem już od wielu lat stawać, bo ten rewir
obstawia właśnie mafia, lecz mam u nich względy jako najstarszy
z branży... – urwał nagle, bo na pasach spostrzegł starszą
kobietę, przed którą przemknął przed ułamkiem sekundy czarne
audi sto. – Kurka wodna, gdzie się tak spieszysz, chyba do
piekła! – wyrzucił z siebie nerwowo, po czym zatrzymał na
poboczu swego poloneza, włączył światła awaryjne i wysiadł.
Moment później jego pasażerowie widzieli, jak podszedł do
kobiety i doprowadził ją do chodnika, zamieniwszy z nią kilka
słów. – Ta pani była bardzo przestraszona! – sapnął, siadając za
kierownicę. – Nie dziwię się, ma już siedemdziesiąt osiem lat, w
dodatku słabo widzi. Powiedziała, że wyszła dzisiaj z domu, bo
miała ochotę zaczerpnąć wiosennego powietrza. W pewnym sensie tą
panią rozumiem. Jest ładny, słoneczny poranek! Choć w Warszawie
świeże powietrze... – westchnął, naciskając pedał hamulca, gdy
polonez zbliżał się do dużej kolumny aut stojących na czerwonym
świetle przed skrzyżowaniem z Towarową. – Tą panią przed laty
chyba gdzieś zawoziłem, ale już nie pamiętam dokąd – dorzucił po
chwili.
- Odnoszę wrażenie, a sądzę, że
moja żona też, że pan przez lata to przewiózł bodajże trzy
czwarte warszawiaków – rzekł wesołym głosem mężczyzna. – Prawda,
kochanie? – powiedział do żony.
- Nie powiem, że nie! – podjął
podobnym tonem taksówkarz. – Myślę, że jakbym się zawziął, to
bym napisał o tym opasłą książkę, he, he! A warszawiaka lub
warszawiankę to wyczuję na pół kilometra. Warszawiacy, znaczy
faceci, za wszelką cenę chcą być cwani i nie zapłacić za kurs
tyle, ile wybił licznik, a warszawianki natomiast chcą być
dokładne i wykłócają się o każdy grosz. A przewiozłem faktycznie
wiele ludzi, byli wśród nich i ludzie znani. Na ten przykład
parokrotnie wiozłem Suzina, Fogga, Łazukę, Bielicką. Wiozłem ją
w porannych godzinach. Pamiętam, że potem zdawało mi się, że
przez cały dzień słyszałem w szoferce jej głos! Pewnego razu
jechała moją taksówką taka młoda piosenkarka, co zginęła w
wypadku lotniczym. Zaraz! Jak ona się nazywała?... – urwał i
zamyślił się.
- Ma pan chyba na myśli Annę
Jantar! – rzuciła kobieta.
- O, tak, właśnie Annę Jantar! –
odparł przyjaźnie kierowca. – To było bodajże na krótko przed tą
katastrofą – dodał smutniej. – Szkoda dziewczyny, ładnie
śpiewała. Moja żona lubiła słuchać jej piosenek... Tak,
przewiozłem wielu ludzi, w tym i zagraniczniaków – zaczął po
chwili spokojnym głosem. – Nie mi sądzić, czy mądrych, czy
głupich! Pamiętam, raz wsiadł do mnie pan, który poprosił, abym
z nim jeździł z jednego końca Warszawy w drugi, bo chce ze mną
porozmawiać. Krążyliśmy po mieście chyba z pięć godzin.
Zjechałem do domu, bodajże, około jedenastej wieczorem. Żona się
o mnie ogromnie martwiła. Podobno zaczęła już dzwonić po
szpitalach! – stwierdził, uśmiechając się. – Ten pan zapłacił
słono za całą jazdę, lecz powiedział, że to nie ważne, bo chciał
się przed kimś wygadać. Opowiedział mi chyba całe swoje życie.
Nie przesadzę, kiedy powiem, że czułem się wtedy jak ksiądz w
konfesjonale! Wiele razy potem myślałem o tym panu... – urwał i
znowu się lekko zasępił. – Tak, jeżdżąc tyle lat z ludźmi,
słyszałem o takich rzeczach, że ho, ho! Nieraz włos mi się na
łepetynie jeżył! W moich samochodach rozgrywało się niemal
wszystko, poczynając od grzecznościowych rozmów, wyznań
miłosnych, poprzez kłótnie małżeńskie, podziały majątków,
dyskusji o polityce, a kończąc, dajmy na to, na podpisywaniu
różnych umów. Teraz, kiedy są, te, no, telefony komórkowe, to
nieraz wiem dokładnie, co będą robić lub z kim się spotkają,
kiedy wysiądą z mojej taksówki. Tak, jeżdżąc już taki szmat
czasu z ludźmi, nieraz myślę, że cały wiek, znam już ich dobrze
i słyszałem od nich nieraz o takich sprawach!... – powtórzył i
uderzył dłonią w kierownicę. – Myślałem, że dzisiaj, we środę
rano, nie będzie na tej ulicy tak wielkiego korka! – zaczął
znowu nieco zdeprymowany taksówkarz, kiedy na Towarowej wjechał
w szpaler samochodów. – Nieraz tak właśnie jest! Ale patrząc na
to z innej strony, to ludzie muszę przecież poruszać się,
pracować, handlować...
- Nam się nie spieszy! – przerwała
mu kobieta. – A im później będziemy u ciotki, tym lepiej!
- Owszem, masz rację, kochanie! –
przytaknął jej skwapliwie mężczyzna. – A na ulicach Łodzi też są
codziennie korki. Nieraz bywa tak, że samochody stoją w nich po
półtorej godziny albo i dłużej!
- W Warszawie przed laty
samochodów było znacznie mniej! – podjął spokojnie taksówkarz. –
Śmigało się wtenczas po mieście łatwo! O każdej porze dnia było
luźno, chyba że było to sobotnie przedpołudniem lub jakiś inny
dzień tygodnia, przed tym albo tamtym świętem. Ha, najlepiej
było kursować w święta albo nocą, bo wtedy jest zupełnie pusto,
a zarobek większy, bo przecież kręci się drugą taryfę. W nocy od
lat już nie jeżdżę, teraz nie wiadomo, na jakich można trafić
klientów! Poza tym o tej porze z taksówek korzystają różne takie
panie – rzekł ciszej, spoglądając w tył na dziecko. – Bankowy
jest zarobek w sylwestra! – dodał po chwili głośniej. – Ci, co w
tę noc jeżdżą, chwalą się, że robią sporą kasę. Być może tak
jest, lecz ja na te czterdzieści lat nigdy nie jeździłem
zarobkowo w niedzielę i w święta, głównie te kościelne. Tę
zasadę wyniosłem z domu i jestem jej wierny. Mama mówiła, że Pan
Bóg po to ustanowił niedzielę, żeby ludzie mogli odpocząć! – w
tym momencie pasażerowie taksówki zauważyli, że przy lusterku
wstecznym wisi srebrny medalik i różaniec z czarnymi paciorkami.
– A sylwestra... Sylwestra zawsze wolałem sto razy spędzać z
rodziną, niż wozić w tę i z powrotem jakieś zaplute towarzystwo.
I widzą państwo, jakoś nie zbiedniałem! Na słupach zazwyczaj
długo nie stałem, choć, owszem, zdarzało się, że nieraz
spędzałem przy nich nawet cztery godziny. Żonę i dwoje dzieci
swego czasu mogłem utrzymać. A że jeździłem raczej kiepskimi
wozami, to nie ma znaczenia, choć bywało też tak, że wóz
rozkraczył mi się na środku ulicy. Najgorzej było wtedy, kiedy w
samochodzie byli klienci, a, kurka, wiele razy tak było! Cóż
miałem innego robić? Brałem klucze, wysiadałem i, deszcz nie
deszcz, upał nie upał, grzebałem pod maską. Jeśli trwało to
długo, to klienci opuszczali pojazd. Nawet nie w głowie mi było
branie od nich zapłaty, bo, jakby nie było, nie dowoziłem ich
tam, gdzie sobie życzyli.
- Pan to jest chyba żywą historią
Warszawy! – stwierdziła kobieta
z dużym zainteresowaniem. – Szczególnie Warszawy powojennej!
- O tak! – odparł wesoło kierowca.
– Mogę powiedzieć, że to miasto powstawało po wojnie z ruin na
moich oczach! Powstawało... – przerwał i zasępił się nieco. – A
może lepiej powiedzieć, że ludzie je odbudowali! Pamiętam
jeszcze w latach sześćdziesiątych jeździło się po tym mieście
jak po ogromnym placu budowy. Trzeba było czasem ostro kółkiem
się na machać, żeby przejechać z jednej części Warszawy w drugą!
Stawiano przecież od nowa prawie całe Śródmieście, trochę Woli i
Żoliborza. W dodatku należało mieć baczenie na dryndziarzy i
wozaków. Musowo zwalniało się, przejeżdżając obok nich, bo w
przeciwnym razie konie się płoszyły. Teraz dryndziarzy i wozaków
już w Warszawie prawie nie ma...! Ale i obecnie bywa tak samo! –
stwierdził, uśmiechając się. – Nieraz to miasto tak jest
rozkopane, jakby ktoś spychaczem w nocy po nim przejechał.
Niegdyś wiele ulic miało kocie łby. Głównie takie ulicy były na
Pradze, po drugiej stronie Wisły – mówiąc to, mimowolnie rzucił
głową lekko w tył – oraz na peryferiach jak, przykładowo,
Kobyłka, Rembertów. Jak jeździłem moim pierwszym wozem, czyli
warszawą, to czasem było tak, że gdy wjeżdżałem na takie ulice,
to kierownica dostawała takich drgań, że i we mnie wszystko się
trzęsło! Ale ani mi, ani tej warszawie, he, he, nic po tym nie
było! To był dobry, mocny wóz! – powtórzył ponownie. – Są dni,
kiedy wydaje mi się, że właśnie tym samochodem jadę, a przecież
minęło już trzydzieści lat jak go sprzedałem. To był bardzo
dobry wóz! Potem fiat, tamten i ten polonez, łamały resory, gdy
wpadły do byle większej ulicznej dziury. A dziur jest na ulicach
Warszawy jest mnóstwo, szczególnie o tej porze, kiedy odeszła
zima! Lecz co tam, może to dziecinada, ale kocham po ulicach
tego miasta jeździć! – orzekł z rozrzewnieniem taksówkarz. –
Warszawa, bądź co bądź, jest cudna w maju i w czerwcu! Za nic
nie oddam chwil, kiedy mogę jechać po ulicach zaraz po Bożym
Ciele, szczególnie w miejscach, gdzie są kościoły. Na asfalcie
leży wtenczas dużo płatków kwiatów. Jadąc po nich, czasem myślę,
że tak może faktycznie wygląda cała trasa do nieba! – znowu
przerwał i przetarł dłonią twarz. – Kwiatami usłane były też
ulice kiedyś po pierwszym maju. Bywało potem tak, że, he, he,
kolorowe płatki były na nich nawet do połowy miesiąca albo
dłużej! Ludzie mawiali, że chyba kace musi wydać specjalną
dyrektywę, żeby Marszałkowską po tym święcie uprzątnięto! Lecz,
sukinkoty, wiedzieli jak mają bić młodych w marcu w
sześćdziesiątym ósmym! Widziałem to na własne oczy, bo akurat w
tym dniu jechałem Krakowskim... Gdybym wtedy nie miał w wozie
klienta, to bym wysiadł i zaczął tłuc gliniarzy i ubeków! A
krzepę przed laty miałem za dwóch! – zakończył, gdy wjechali w
Górczewską. – To już Wola, Górczewska, zaraz będzie Deotymy. Czy
mam w nią skręcić? – zapytał po chwili.
- Tak, tak, proszę! – rzuciła
kobieta. – O, o, to ten blok! – zawołała, kiedy taksówkarz
wjechał we wskazaną przez nią ulicę.
- To ile płacimy za kurs? – spytał
mężczyzna, gdy taksówkarz zatrzymał samochód przed żądanym
blokiem.
- To za chwilę! – odparł od
niechcenia kierowca, wysiadając z samochodu. – Zapomniałem
włączyć taksometru – zawołał wesoło, podając mężczyźnie walizki
z kufra pojazdu – więc przejazd był darmowy! Zresztą to bez
znaczenia! Ranek jest dzisiaj taki ładny! He, he, jeszcze
państwu powiem,
że zawsze jest tak, że jak rano nie biorę od pierwszego klienta
zapłaty, to później mam farta, dużego farta. Życzę powodzenia
państwu! – dorzucił z promienistym uśmiechem, wsiadając do swego
wozu.
Bolesław Bryński
|
|