| |
Sklep z latawcami
Szedł od Świętokrzyskiej
Marszałkowską, którą przecina lub od której odchodzi
Nowogrodzka, Żurawia, Grabowskiego, Hoża,
Wilcza, Krucza, która potem rozwidla się, biegnie na lewo
do Pięknej, a na prawo do Placu Konstytucji. Minął już hotel
Forum. Wydawało się, ze znalazł się na tej ulicy całkiem
przypadkowo. Jak się później okazało, było to wrażenie złudnie.
Wtedy wszak wywnioskować to było można z tego, że szedł powoli,
rozglądając się niepewnie. Patrzył nieśmiałym i nieco zdziwionym
wzrokiem na nowe budynki stojące przy ulicy, nieraz przymykał
powieki, prawdopodobnie by ukryć swe oczy przed przenikliwym
spojrzeniem niektórych przechodniów idących z naprzeciwka. Był
szczupłym i niewysokim człowiekiem o okrągłej, bladej twarzy.
Miał na sobie ciemnogranatowy płaszcz z ortalionu, na głowie
czarny beret z krótką antenką, w ręku trzymał zniszczoną brązową
teczkę. Jego ubiór sprawiał, że wyglądał jakby był osobą z
rzeczywistości, która minęła w Polsce, w Warszawie, przeszło
trzydzieści lat temu, z okresu
zwanego „realnym socjalizmem”. Być może w
tamtym czasie, w którym, jak niektórzy mówią, panowało w
dookolnej rzeczywistości bezgraniczna szarość, a ludzie byli na
ogół smutni, mężczyzna ten pracował jako referent w jakimś
niewielkim zakładzie produkcyjnym, których kiedyś było
wiele w tym mieście. Uszedłszy
jeszcze kilka kroków, spiął się w sobie i
zobaczywszy mniej więcej w swoim wieku
kobietę, podszedł do niej i łagodnie zapytał:
- Przepraszam, może pani wie,
gdzie może być najbliższy sklep z latawcami?
- Sklep z latawcami? – powtórzyła
kobieta i zawiesiła na chwilę głos. – Proszę wybaczyć, ale
nie jestem z tego miasta, więc
nie wiem! – zakończyła z
nieśmiałym uśmiechem.
Z podobnym pytaniem zwrócił się do
młodego mężczyzny o płowych włosach, który był ubrany w krótką,
czarną, skórzaną kurkę. Przez ramię miał przewieszony duży
wojskowy plecak.
- Sklep z latawcami –
zawołał śpiewnie i też zawiesił głos. Potem
spojrzał w niebo, później nerwowo na zegarek i bąknął. – sorry,
spieszę się! – i pobiegł.
Mężczyzna w ortalionowym płaszczu
znowu uszedł kilkanaście kroków. Wydawało się, że
chyba zrezygnował z dalszego pytania
napotkanych ludzi o sklep z latawcami, bo skierował wzrok
nieznacznie do góry i przyglądał się jasno-szarej elewacji
budynków, które muskały promienie wczesnowiosennego słońca.
Jednakże kiedy w tłumie ludzi idących z naprzeciwka zbliżała się
do niego para młodych osób, zatrzymał się, spojrzał na nich i
zapytał o sklep, którego szuka. Młodzi stali przed krótki moment
mocno zakłopotani, po czym dziewczyna o bladej twarzy i
błękitnych oczach cicho odparła:
- Wydaje mi się, że sklep z
latawcami dawniej z tej okolicy był. O ile pamiętam, to bodajże
raz do niego wstąpiłam. Sprzedawała w nim miła pani, mająca duże
bursztynowe oczy. Lecz gdzie on się dokładnie znajdował, to już
zapomniałam.
Gdy zakończyła,
spojrzała czule na równie
bladego jak ona chłopca i
delikatnie uśmiechnęła się. Mówiła cicho, co sprawiało, że jej
głos niknął zupełnie w szumie jadących ulicą samochodów i
autobusów.
- O bursztynowych oczach! –
zawołał mężczyzna, bo tylko te słowa zdołał usłyszeć. Jednakże
gdy przyswoił sobie ich kontekst, sprawiły mu niebywałą radość,
bo usta otworzył w jasnym uśmiechu.
O sklep z latawcami zapytał po
chwili wysokiego jegomościa, który z wyglądu mógł mieć
już po pięćdziesiątce. Długie, gęste,
biało-siwe włosy opadały mi prawie na ramiona, a na
lekko pomarszczonej czerwonej twarzy widniał tegoż koloru silny
zarost. Blask bijący z jego oczu sugerował, że jest to zadziorny
intelektualista lub artysta, który ma jeszcze sporo do
przekazania ludzkości.
- Sklep z latawcami! – powtórzył,
podobnie jak dotychczas pytani, swoim tubalny głosem. – Wyznam
szczerze, że nigdy o takim sklepie w Warszawie nie słyszałem –
odparł po chwili rzeczowo. – Tak, zaiste, nie słyszałem, choć
mieszkam w tym mieście od z górą dwudziestu lat i właściwie znam
je jak własną kieszeń! – kiedy zamilkł, rzucił mężczyźnie błogi
uśmiech.
- Tak, bez wątpienia, sklepu z
latawcami w Warszawie nie ma i nigdy nie było! –
zawtórował tamtemu śpiewnie młodszy
mężczyzna, który stał obok, a który dopiero teraz dał się
zauważyć. – Poza tym, o ile dobrze w tej chwili rozumuję,
latawców nigdy się nie kupowało – ciągnął dalej. – Owszem,
latawce robiłem, gdy byłem małym
chłopcem wraz z kolegami, własnym
sumptem! Z cienkich listewek, z kolorowej, lekkiej jak puch,
bibułki. Ach, niektóre były takie cudne! Różnej wielkości i
różnego kształtu. Zabawa była wyśmienita! Pamiętam, kilka
zrobionych przed nas latawców było tak doskonałych, że zgrozą
byłoby trzymać je na uwięzi! Kiedy szybowały tuż pod chmurami,
odcinaliśmy od szpulki sznurki i latawce szybowały wraz z
wiatrem!
Gdy skończył, spojrzał z
zachwytem w niebo i staną na chwilę na palcach. Był mężczyzną
znacznie niższym od tego, któremu towarzyszył. Miał brązowe
długie proste włosy, wklęsłe policzki. Podłużna broda błyszczały
mu się od zapewne tłustego kremu.
- Chociaż, zaraz! – rzucił po
chwili nieco starszy mężczyzna. – Co sobie przypomniałem!
Latawce, latawce można kupić w Chinach. Chińczycy zgoła od dwóch
tysięcy lat specjalizują się w konstrukcji latawców. W Chinach
są też sklepy, sklepy z latawcami!
- No właśnie, Andrzeju, no
właśnie! – zakrzyknął ten niższy, klasnąwszy dwa razy w dłonie.
– Też o tym cokolwiek słyszałem, więc proszę się udać do Chin!
Kiedy mężczyźni odeszli, on znowu
przez dłuższy moment stał na środku chodnika. Idący z obu stron
ludzie mijali go, niektórzy lekko i niechcący potrącali. Z
jego bolesnego wyrazu twarzy
można było się domyślić, że
spotkanie z tymi mężczyznami wewnętrznie go rozstroiło. Przez
moment nawet jego oczy zasnuły się mgłą, co mogło sugerować, że
człowiek ów zaczyna popadać w obłęd. Zapewne nie miał
najmniejszego zamiaru jechać do Chin. Ktoś, kto mógł
na niego patrzeć, miałby prawo
odnieść wrażenie, że mężczyzna w ortalionowym płaszczu i w
berecie to zbiegł ze szpitala psychiatrycznego. Lecz stan
tego człowieka trwał w istocie tylko chwilę, potem znowu
spiął się w sobie i upatrzywszy w
średnim wieku mężczyznę, ubranego w białą koszulę i dopasowany
do jego figury ciemny garnitur, podszedł do niego i śmiało
zapytał o sklep z latawcami.
- A wie pan, to jest nawet ciekawa
myśl! – rzucił tamten, nie zatrzymując się. – Jeśli
pan kiedyś taki sklep znajdzie, to
proszę dać mi znać, wpadnę do niego z synem! O to moja
wizytówka! – parsknął i podał mu w biegu biały papierowy
prostokąt. Zatrzymał się dopiero przy czarnym rozłożystym
samochodzie, który zrazu dźwięcznie zapiszczał. Otworzywszy
energicznie drzwi, wsiadł do niego szybko.
- Panie, nie ma pan większych
zmartwień!? – odrzekła szorstko niskim głosem wysoka kobieta o
męskich rysach twarzy, gdy zapytał ją o sklep. – Że też ludzie
mogą mieć tak infantylne problemy! – warknęła.
- Tobie chodzi o sklep z
latawcami? – zawołał jeden z grupy chłopaków, którzy nagle
go otoczyli. Jeden z nich miał na uszach walkmenowe
słuchawki, z których wydobywał się hiphopowy rytm. Było ich
pięciu, wszyscy ubrani w dresy, na głowach mieli czapki
bejsbolówki. Mężczyzna znowu stanął zdezorientowany.
- On szuka sklepu z latawcami! –
zakrzyknął następny.
- Tak, z latawcami! – zawtórowali
pozostali. Przez chwilę wszyscy pięciu biegali wokół
niego. Miało się wrażenie, że cała piątka
poruszała się i mówiła w rytm hiphopu.
- No tak, szukam sklepu z
latawcami! – odparł, gdy tamci zatrzymali się.
- To popatrz, idzie się tak: –
zaczął najwyższy z chłopców, kładąc mu rękę na ramieniu. –
Pójdziesz do końca tej ulicy, potem skręcisz w lewo, ujdziesz
dwieście lub trzysta metrów!
- Dalej będzie pole trawy! –
przerwał mu inny chłopiec.
- Nie pole trawy, a raczej
niewielkie lotnisko! – poprawił go tamten.
- No jasne, niewielkie lotnisko! –
przyznał inny. – I tam jest wypożyczalnia latawców. Nie ma
sklepu, lecz tylko duża wypożyczalnia!
- Mają w niej mnóstwo latawców! –
zawołał raptem ten, który dotychczas milczał.
- Weźmiesz taki, jaki
będziesz chciał, a za godzinę zapłacisz pięć groszy, nie
więcej niż pięć groszy! – dorzucił ten, co zaczął rozmowę. –
Możesz biegać z latawcem do woli! - ciągnął. – A gdy
będzie duży wiatr, taki wiatr jak teraz, to polecisz razem z
nim! No i znikniesz w chmurach! W gęstych białych chmurach, bo
po co nam tu, na ziemi, takie odpały jak ty, palancie! –
zakończył dobitnie, co sprawiło, że wszyscy chłopcy gruchnęli
gromkim śmiechem. Jeszcze przez chwilę stali wokół niego, po
czym jeden z nich rzucił:
- No to spadamy! – i zaraz
odbiegli.
Gdy zniknęli, mężczyzna długo stał
jak słup soli. Minęło chyba pięć lub sześć minut, zanim
ponownie ocknął się z letargu i
ruszył. Znowu szedł powoli i niepewnie,
i znowu unikał wzroku tych, którzy
go mijali. Szedł przed siebie i doszedł do Pięknej, która łączy
się z Placem Trzech Krzyży. Kiedy znalazł się na Placu,
spostrzegł strugę aut pędzących po rondzie. Powietrze w tym
miejscu przeniknięte było wyjątkowo silnym odorem spalin.
Rozejrzał się wokół i zobaczył, że wokół Placu stoją budynki i
duży kościół. O jakimkolwiek lotnisku nie mogło być mowy,
zresztą chyba on, uspokoiwszy się, nie wziął tej informacji
poważnie. Można było zauważyć, iż zobaczywszy ten Plac
mimowolnie uśmiechnął się, przez co wyraz twarzy mu złagodniał.
Trudno powiedzieć, czy w tym momencie przypomniał sobie coś
przyjemnego, a co wiązało się właśnie z tą okolicą, choć jego
ubiór w sumie do tej konstatacji skłaniał (skąd wiadomo, że
przed paroma laty nie mieszkał właśnie w tej okolicy?). W
efekcie więc może umknął mu zupełnie z głowy
fakt, że przed kilkoma minutami
poszukiwał usilnie sklepu z latawcami. Trudno też określić, czy
traciło dla niego ważność to, że ludzie, których o ów sklep
pytał, traktowali go raczej z przymrużeniem oka.
Znowu dłuższą chwilę stał
nieruchomo. Chyba w tym czasie wcale nie zważał na tłum
przechodniów, którzy obok niego przechodzili. Raptem ponownie
ruszył i niemal natychmiast wtopił się w idących, tak że jeśli
go ktoś teraz obserwował, musiał od razu zniknąć mu w oczu. Ten,
który być może tak czynił, mógł się później tylko
zastanawiać, czy ten mężczyzna rzeczywiście nie trafił do sklepu
z latawcami, w którym sprzedawała miła, o bursztynowych oczach,
młoda pani.
Bolesław
Bryński.
|
|