NASZE DZIECI

Strona prowadzona przez Stowarzyszenie na rzecz dzieci, młodzieży i dorosłych osób niepełnosprawnych "Ożarowska"  

   

  MENU :::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::

 Strona główna

 Aktualności

 BOSK

 WandaFonds

 Mózgowe porażenie dziecięce

 Prawo dla niepełnosprawnych

 Wolontariat

 Pedagogika

 Pomoc społeczna/Praca socjalna
 Dla dzieci
 Zainteresowania
        Literatura

 Księga Gości

 Najczęściej zadawane pytania

 Linki

 Kontakt

 Stowarzyszenia rodziców 

 Nasi redaktorzy
 Druki do pobrania
 

 

 

Sklep z latawcami

 

 

Szedł od Świętokrzyskiej Marszałkowską, którą przecina lub od której odchodzi   Nowogrodzka,  Żurawia,  Grabowskiego,  Hoża,  Wilcza,  Krucza, która potem rozwidla się, biegnie na lewo do Pięknej, a na prawo do Placu Konstytucji. Minął już hotel Forum. Wydawało się, ze znalazł się na tej ulicy całkiem przypadkowo. Jak się później okazało, było to wrażenie złudnie. Wtedy wszak wywnioskować to było można z tego, że szedł powoli, rozglądając się niepewnie. Patrzył nieśmiałym i nieco zdziwionym wzrokiem na nowe budynki stojące przy ulicy, nieraz przymykał powieki, prawdopodobnie by ukryć swe oczy przed przenikliwym spojrzeniem niektórych przechodniów idących z naprzeciwka. Był szczupłym i niewysokim człowiekiem o okrągłej, bladej twarzy. Miał na sobie ciemnogranatowy płaszcz z ortalionu, na głowie czarny beret z krótką antenką, w ręku trzymał zniszczoną brązową teczkę. Jego ubiór sprawiał, że wyglądał jakby był osobą z rzeczywistości, która minęła w Polsce, w Warszawie, przeszło trzydzieści  lat  temu,  z  okresu  zwanego  „realnym  socjalizmem”.  Być może w tamtym czasie, w którym, jak niektórzy mówią, panowało w dookolnej rzeczywistości bezgraniczna szarość, a ludzie byli na ogół smutni, mężczyzna ten pracował jako referent w jakimś niewielkim zakładzie produkcyjnym, których kiedyś  było  wiele  w  tym  mieście.  Uszedłszy  jeszcze  kilka kroków, spiął się w  sobie  i  zobaczywszy  mniej  więcej  w swoim wieku kobietę, podszedł do niej i łagodnie zapytał:

- Przepraszam, może pani wie, gdzie może być najbliższy sklep z latawcami?

- Sklep z latawcami? – powtórzyła kobieta i zawiesiła na chwilę głos. – Proszę wybaczyć,  ale  nie  jestem  z  tego  miasta,  więc   nie   wiem!  –   zakończyła z nieśmiałym uśmiechem.

Z podobnym pytaniem zwrócił się do młodego mężczyzny o płowych włosach, który był ubrany w krótką, czarną, skórzaną kurkę. Przez ramię miał przewieszony duży wojskowy plecak.

- Sklep z latawcami –  zawołał  śpiewnie  i  też zawiesił głos. Potem spojrzał w niebo, później nerwowo na zegarek i bąknął. – sorry, spieszę się! – i pobiegł.

Mężczyzna w ortalionowym płaszczu znowu uszedł kilkanaście kroków. Wydawało  się,  że  chyba  zrezygnował  z  dalszego  pytania napotkanych ludzi o sklep z latawcami, bo skierował wzrok nieznacznie do góry i przyglądał się jasno-szarej elewacji budynków, które muskały promienie wczesnowiosennego słońca. Jednakże kiedy w tłumie ludzi idących z naprzeciwka zbliżała się do niego para młodych osób, zatrzymał się, spojrzał na nich i zapytał o sklep, którego szuka. Młodzi stali przed krótki moment mocno zakłopotani, po czym dziewczyna o bladej twarzy i błękitnych oczach cicho odparła:

- Wydaje mi się, że sklep z latawcami dawniej z tej okolicy był. O ile pamiętam, to bodajże raz do niego wstąpiłam. Sprzedawała w nim miła pani, mająca duże bursztynowe oczy. Lecz gdzie on się dokładnie znajdował, to już zapomniałam.

Gdy  zakończyła,  spojrzała  czule  na   równie   bladego   jak   ona   chłopca i delikatnie uśmiechnęła się. Mówiła cicho, co sprawiało, że jej głos niknął zupełnie w szumie jadących ulicą samochodów i autobusów.

- O bursztynowych oczach! – zawołał mężczyzna, bo tylko te słowa zdołał usłyszeć. Jednakże gdy przyswoił sobie ich kontekst, sprawiły mu niebywałą radość, bo usta otworzył w jasnym uśmiechu.

O sklep z latawcami zapytał po chwili wysokiego jegomościa, który z wyglądu mógł  mieć  już  po  pięćdziesiątce.  Długie,  gęste,  biało-siwe  włosy  opadały mi prawie na ramiona, a na lekko pomarszczonej czerwonej twarzy widniał tegoż koloru silny zarost. Blask bijący z jego oczu sugerował, że jest to zadziorny intelektualista lub artysta, który ma jeszcze sporo do przekazania ludzkości.

- Sklep z latawcami! – powtórzył, podobnie jak dotychczas pytani, swoim tubalny głosem. – Wyznam szczerze, że nigdy o takim sklepie w Warszawie nie słyszałem – odparł po chwili rzeczowo. – Tak, zaiste, nie słyszałem, choć mieszkam w tym mieście od z górą dwudziestu lat i właściwie znam je jak własną kieszeń! – kiedy zamilkł, rzucił mężczyźnie błogi uśmiech.

- Tak, bez wątpienia, sklepu z latawcami w Warszawie nie ma i nigdy nie było! –  zawtórował  tamtemu  śpiewnie  młodszy  mężczyzna,  który stał obok, a który dopiero teraz dał się zauważyć. – Poza tym, o ile dobrze w tej chwili rozumuję, latawców nigdy się nie kupowało – ciągnął dalej. – Owszem, latawce robiłem,  gdy  byłem  małym  chłopcem  wraz  z  kolegami,  własnym  sumptem! Z cienkich listewek, z kolorowej, lekkiej jak puch, bibułki. Ach, niektóre były takie cudne! Różnej wielkości i różnego kształtu. Zabawa była wyśmienita! Pamiętam, kilka zrobionych przed nas latawców było tak doskonałych, że zgrozą byłoby trzymać je na uwięzi! Kiedy szybowały tuż pod chmurami, odcinaliśmy od szpulki sznurki i latawce szybowały wraz z wiatrem!

Gdy skończył,  spojrzał z zachwytem w niebo i staną na chwilę na palcach. Był mężczyzną znacznie niższym od tego, któremu towarzyszył. Miał brązowe długie proste włosy, wklęsłe policzki. Podłużna broda błyszczały mu się od zapewne tłustego kremu.

- Chociaż, zaraz! – rzucił po chwili nieco starszy mężczyzna. – Co sobie przypomniałem! Latawce, latawce można kupić w Chinach. Chińczycy zgoła od dwóch tysięcy lat specjalizują się w konstrukcji latawców. W Chinach są też sklepy, sklepy z latawcami!

- No właśnie, Andrzeju, no właśnie! – zakrzyknął ten niższy, klasnąwszy dwa razy w dłonie. – Też o tym cokolwiek słyszałem, więc proszę się udać do Chin!

Kiedy mężczyźni odeszli, on znowu przez dłuższy moment stał na środku chodnika. Idący z obu stron ludzie mijali go, niektórzy lekko i niechcący potrącali.  Z  jego  bolesnego  wyrazu   twarzy   można   było   się   domyślić, że spotkanie z tymi mężczyznami wewnętrznie go rozstroiło. Przez moment nawet jego oczy zasnuły się mgłą, co mogło sugerować, że człowiek ów zaczyna popadać w obłęd. Zapewne nie miał najmniejszego zamiaru jechać do Chin. Ktoś, kto  mógł  na  niego  patrzeć,  miałby  prawo  odnieść wrażenie, że mężczyzna w ortalionowym płaszczu i w berecie to zbiegł ze szpitala psychiatrycznego. Lecz  stan  tego  człowieka trwał w istocie tylko chwilę, potem znowu spiął się w  sobie  i  upatrzywszy  w średnim wieku mężczyznę, ubranego w białą koszulę i dopasowany do jego figury ciemny garnitur, podszedł do niego i śmiało zapytał o sklep z latawcami.

- A wie pan, to jest nawet ciekawa myśl! – rzucił tamten, nie zatrzymując się. –  Jeśli  pan  kiedyś  taki  sklep  znajdzie,  to proszę dać mi znać, wpadnę do niego z synem! O to moja wizytówka! – parsknął i podał mu w biegu biały papierowy prostokąt. Zatrzymał się dopiero przy czarnym rozłożystym samochodzie, który zrazu dźwięcznie zapiszczał. Otworzywszy energicznie drzwi, wsiadł do niego szybko.

- Panie, nie ma pan większych zmartwień!? – odrzekła szorstko niskim głosem wysoka kobieta o męskich rysach twarzy, gdy zapytał ją o sklep. – Że też ludzie mogą mieć tak infantylne problemy! – warknęła.

- Tobie chodzi o sklep z latawcami? – zawołał jeden z grupy chłopaków, którzy  nagle  go  otoczyli. Jeden z nich miał na uszach walkmenowe słuchawki, z których wydobywał się hiphopowy rytm. Było ich pięciu, wszyscy ubrani w dresy, na głowach mieli czapki bejsbolówki. Mężczyzna znowu stanął zdezorientowany.

- On szuka sklepu z latawcami! – zakrzyknął następny.

- Tak, z latawcami! – zawtórowali pozostali. Przez chwilę wszyscy pięciu biegali  wokół  niego.  Miało  się  wrażenie, że cała piątka poruszała się i mówiła w rytm hiphopu.

- No tak, szukam sklepu z latawcami! – odparł, gdy tamci zatrzymali się.

- To popatrz, idzie się tak: – zaczął najwyższy z chłopców, kładąc mu rękę na ramieniu. – Pójdziesz do końca tej ulicy, potem skręcisz w lewo, ujdziesz dwieście lub trzysta metrów!

- Dalej będzie pole trawy! – przerwał mu inny chłopiec.

- Nie pole trawy, a raczej niewielkie lotnisko! – poprawił go tamten.

- No jasne, niewielkie lotnisko! – przyznał inny. – I tam jest wypożyczalnia latawców. Nie ma sklepu, lecz tylko duża wypożyczalnia!

- Mają w niej mnóstwo latawców! – zawołał raptem ten, który dotychczas milczał.

- Weźmiesz taki,  jaki  będziesz  chciał, a za godzinę zapłacisz pięć groszy, nie  więcej niż pięć groszy! – dorzucił ten, co zaczął rozmowę. – Możesz biegać z latawcem  do woli! - ciągnął. – A gdy będzie duży wiatr, taki wiatr jak teraz, to polecisz razem z nim! No i znikniesz w chmurach! W gęstych białych chmurach, bo po co nam tu, na ziemi, takie odpały jak ty, palancie! – zakończył dobitnie, co sprawiło, że wszyscy chłopcy gruchnęli gromkim śmiechem. Jeszcze przez chwilę stali wokół niego, po czym jeden z nich rzucił:

- No to spadamy! – i zaraz odbiegli.

Gdy zniknęli, mężczyzna długo stał jak słup soli. Minęło chyba pięć lub sześć minut,  zanim  ponownie  ocknął  się  z  letargu  i  ruszył.  Znowu  szedł   powoli i niepewnie,  i  znowu  unikał  wzroku  tych,  którzy  go mijali. Szedł przed siebie i doszedł do Pięknej, która łączy się z Placem Trzech Krzyży. Kiedy znalazł się na Placu, spostrzegł strugę aut pędzących po rondzie. Powietrze w tym miejscu przeniknięte było wyjątkowo silnym odorem spalin. Rozejrzał się wokół i zobaczył, że wokół Placu stoją budynki i duży kościół. O jakimkolwiek lotnisku nie mogło być mowy, zresztą chyba on, uspokoiwszy się, nie wziął tej informacji poważnie. Można było zauważyć, iż zobaczywszy ten Plac mimowolnie uśmiechnął się, przez co wyraz twarzy mu złagodniał. Trudno powiedzieć, czy w tym momencie przypomniał sobie coś przyjemnego, a co wiązało się właśnie z tą okolicą, choć jego ubiór w sumie do tej konstatacji skłaniał (skąd wiadomo, że przed paroma laty nie mieszkał właśnie w tej okolicy?). W efekcie więc może umknął mu zupełnie  z  głowy  fakt,  że  przed  kilkoma  minutami  poszukiwał usilnie sklepu z latawcami. Trudno też określić, czy traciło dla niego ważność to, że ludzie, których o ów sklep pytał, traktowali go raczej z przymrużeniem oka.

Znowu dłuższą chwilę stał nieruchomo. Chyba w tym czasie wcale nie zważał na  tłum  przechodniów, którzy obok niego przechodzili. Raptem ponownie ruszył i niemal natychmiast wtopił się w idących, tak że jeśli go ktoś teraz obserwował, musiał od razu zniknąć mu w oczu. Ten, który być może tak czynił, mógł się później  tylko zastanawiać, czy ten mężczyzna rzeczywiście nie trafił do sklepu z latawcami, w którym sprzedawała miła, o bursztynowych oczach, młoda pani.

Bolesław Bryński.